Bo u mnie tak. Mamy jeszcze paprykę i jabłka. Jest też jakieś nieznane mi warzywo, widziałam je dziś w sklepie i zapomniałam jak się nazywa. Gdybym pamiętała to bym wygooglowała i może by zupa z tego była. Jak jest w warzywniaku, to musi być jadalne. Przejdę tam jeszcze, zobaczę, zanotuję i ugotuję. A tak dziś na obiadokolację zrobiłam ruskie (polskie) pierogi z niemieckiej mąki. Oczywiście z pomocą pasjonata i konesera pierogów-Patryka. Boże, jak można, aż tak kochać pierogi, do szaleństwa.
Chciałam dziś jak zwykle pisać o pogodzie i ogródkach. Pogoda była dziś przednia. Cały ranek przechodziłam w koszulce po ogródku. Porozmawiałam trochę po niemiecku z panią sąsiadką, ona mówiła trochę więcej, moja funkcja pozostała jedynie fatyczną. Przemiła kobieta. Ale wracają do ogródków. Okres wegetacji roślin dłuższy, klimat łagodniejszy i tak na początku listopada moi sąsiedzi mogą się cieszyć papryką, pomidorami, sałatą, kapustą i marchewką oczywiście. Tyle co z tych warzyw na pierwszy rzut oka zza płota (czy często jego braku) rozpoznałam. Bo ogradzanie domu nie jest tu zbyt popularne. Domy wychodzą na ulice, co sprawia, że uliczki wyglądają przytulnie (jak np. oficerski Żoliborz w Warszawie). Moi sąsiedzi mają przeróżne wyczucie estetyki. W praktyce wygląda to tak, że kto co w swoich widzi snach i co uważa za ładne to wystawia do ogródka. Teraz już wierzę, że krasnale ogrodowe były tu kiedyś bardzo popularne. Ach! Gdybym tylko trochę więcej odwagi miała, to bym Wam nie takie cuda w tych sąsiedzkich ogrodach pokazała, nie takie cuda. Jeszcze jest mi głupio tak komuś fontannę podświetlaną tęczowymi barwami fotografować, ale może kiedyś mi przejdzie i zrobię Wam takie zdjęcie. Cierpliwie czekajcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz