wtorek, 13 listopada 2012

Kolej na kolej!

  To nie będzie kolejna emocjonalna, sentymentalna i romantyczna notka o pociągach i pozowaniu na szynach. To będzie pean na okoliczność komunikacji miejskiej i podmiejskiej pociągami! Radość z niepopularności autobusów tu! Jak ja nie lubię autobusów. Zawsze o różnych porach, zatrzymują się co chwilę, czytać się nic nie da. Człowiek tylko się w nich wytrzęsie i potem wychodzi wstrząśnięty, potrzęsiony i roztrzęsiony. Jak tu być spokojnym po nużącej podróży autobusem? Taki pociąg delikatniej sunie, ukołysze, poczytać można. Zdecydowanie wolę pociągi i cieszy mnie to, że tu gdziekolwiek chce się pojechać to kolejka jest najlepszym sposobem. Czasem przedziały są zapchane, zdarza się, czasem coś się zepsuje między jedną stacją a drugą i trzeba wracać na piechotę pięć kilometrów, w nocy, zdarza się, trudno, spóźni się minutę, dwie, bywa. Czasem pojedzie w inną stronę, niż by się sobie życzyło, nie ma tego złego, można poznać nowe miejsce, nowych ludzi, przyjaźnie nawiązać. 
  Kolej najlepszym przyjacielem mieszkańców Bietigheim! Którzy sobie rowerkiem na stacyjkę i do pociągu. Ja jeszcze nie mam roweru, a Patryk nie ma kłódki. Jak już będziemy jeździć po miasteczku rowerami to wtopimy się w tłum. Bo teraz tylko my i nasz hiszpański kolega chodzimy pieszo. Nikt inny nie.
  
  

niedziela, 11 listopada 2012

Szczęśliwego Dnia Niepodległości!

I spokojnego marszu! Pierwszy 11. listopada w naszym europejskim domu, a nie na naszym polskim podwórku. A my nawet flaguni, nawet małego kotylionika nie mamy. Na zdjęciu tradycyjny ufoludek wypiekany w bietigheimskich piekarniach na 11.11. To nie obcy, to wariant św. Marcina. Na zdjęciu jeszcze z nóżkami. Smakuje trochę jak chałka, trochę jak maślany rogalik. Ten jest Patryka, ja swojego zjadłam wczoraj (jestem tym dzieckiem z doświadczenia które zjada pierwszą piankę marshmallow, nie czekając na  drugą). Tutaj dziś obchodzi się imieniny św. Marcina wcinając takie właśnie stworki. Myślę, że poznańskie rogale pieczone na tę samą okoliczność są smaczniejsze. Bo są nasze. Szczęśliwego Dnia Niepodległości!


sobota, 3 listopada 2012

A czy u Was w ogródku też jeszcze rośnie marchewka?

  Bo u mnie tak. Mamy jeszcze paprykę i jabłka. Jest też jakieś nieznane mi warzywo, widziałam je dziś w sklepie i zapomniałam jak się nazywa. Gdybym pamiętała to bym wygooglowała i może by zupa z tego była. Jak jest w warzywniaku, to musi być jadalne. Przejdę tam jeszcze, zobaczę, zanotuję i ugotuję. A tak dziś na obiadokolację zrobiłam ruskie (polskie) pierogi z niemieckiej mąki. Oczywiście z pomocą pasjonata i konesera pierogów-Patryka. Boże, jak można, aż tak kochać pierogi, do szaleństwa. 
  Chciałam dziś jak zwykle pisać o pogodzie i ogródkach. Pogoda była dziś przednia. Cały ranek przechodziłam w koszulce po ogródku. Porozmawiałam trochę po niemiecku z panią sąsiadką, ona mówiła trochę więcej, moja funkcja pozostała jedynie fatyczną. Przemiła kobieta. Ale wracają do ogródków. Okres wegetacji roślin dłuższy, klimat łagodniejszy i tak na początku listopada moi sąsiedzi mogą się cieszyć papryką, pomidorami, sałatą, kapustą i marchewką oczywiście. Tyle co z tych warzyw na pierwszy rzut oka zza płota (czy często jego braku) rozpoznałam. Bo ogradzanie domu nie jest tu zbyt popularne. Domy wychodzą na ulice, co sprawia, że uliczki wyglądają przytulnie (jak np. oficerski Żoliborz w Warszawie). Moi sąsiedzi mają przeróżne wyczucie estetyki. W praktyce wygląda to tak, że kto co w swoich widzi snach i co uważa za ładne to wystawia do ogródka. Teraz już wierzę, że krasnale ogrodowe były tu kiedyś bardzo popularne. Ach! Gdybym tylko trochę więcej odwagi miała, to bym Wam nie takie cuda w tych sąsiedzkich ogrodach pokazała, nie takie cuda. Jeszcze jest mi głupio tak komuś fontannę podświetlaną tęczowymi barwami fotografować, ale może kiedyś mi przejdzie i zrobię Wam takie zdjęcie. Cierpliwie czekajcie.



piątek, 2 listopada 2012

ZKM po raz pierwszy.


  I pogoda gdzieś się zapodziała. Dziś trudno uwierzyć, że znajduję się w najcieplejszym miejscu w  Niemczech. Wiatr wieje, liście spadają z drzew. A to długi  piątek pomiędzy weekendami, więc nawet w mieście nie za dużo można załatwić. 

  Parę dni temu trafiłam na niezwykłe miejsce w Karlsruhe. Jak na tak małe miasto (ok. 285 tysięcy mieszkańców) to Centrum Sztuki i Mediów robi olbrzymie wrażenie. Jest to  kompleks muzeów, galerii, różnorodnych instytucji kulturotwórczych. ZKM (Zentrum fur Kunst und Medientechnologie) znajduje się jakieś 15 minut pieszo od centrum miasta. Do tej pory udało mi się zobaczyć jedynie Media Museum, słynące na świecie ze swojej interaktywności. Spędziłam tak jakieś trzy godziny, a chętnie zostałabym jeszcze dłużej. Najlepsze było to, że samemu miało się wpływ na to co się dzieje wokół. Można tam miksować dźwięki, śpiewać w specjalnej kabinie i swoim głosem rysować obrazy na ścianie. Spacerując korytarzami wystawy chronologicznie poznajemy historię odtwarzaczy dźwięków, telewizji, a na końcu mamy pierwsze komputery. Wizyta w tym muzeum jest trochę męcząca, za względu na wydobywające się z każdego zakamarka dźwięki, często przypominające zgrzyty, nieprzyjemne dla ucha.
   Myślę że, ZKM będzie moim ulubionym miejscem miasta. Następnym razem wybiorę się do Museum fur Neue Kunst i zarezerwuję sobie więcej czasu. 
  Zdjęcia nie zawsze wychodziły tak jak chciałam, ale nie można było używać flesza, raz zaryzykowałam i w ciągu sekundy pojawiła się koło mnie węsząca złamanie przepisów pani kustoszka.