sobota, 19 lipca 2014

,,Ostatnie rozdanie" Wiesław Myśliwski

  Miałam dwadzieścia minut do odjazdu pociągu, zepsuty czytnik w torebce i przed sobą dziesięć długich godzin jazdy. Na taki dystans staram się zawsze mieć co najmniej dwie średniej grubości książki. Weszłam do księgarni i szybko wybrałam dwie. Dobrze, że jedną z nich było Ostatnie rozdanie.
  Myśliwski zawsze kojarzył mi się z opowiadaniem, nie myślę tu o gatunku, ale o sposobie pisania. W sposób płynny i wiarygodny przedstawia świat, którego nie musimy sobie wyobrażać. Po prostu widzimy go jak stojący obok obserwator. Przy lekturze Widnokrągu czy Kamienia na kamieniu nie mogłam uwolnić się od uczucia, że wszyscy bohaterowie to postaci realne, żyjące gdzieś, kiedyś. Nie wszystkim autorom udaje się tak wciągnąć w swój świat jak Panu Myśliwskiemu właśnie. 
  Moje nastawienie do tej powieści było takie: zagłębić się w historię, przetrwać jazdę pociągiem i sięgnąć po następną książkę. Zupełnie jej nie doceniłam.
  Powieść nie dała mi się przeczytać za jednym razem. Musiałam robić przerwy, łapać podczas nich oddech, pozwolić sobie o czymś zapomnieć, popatrzeć bezmyślnie w okno pociągu, wypić kawę. Wracałam potem do lektury ze świadomością rozwiązywania jakiejś zagadki,  to poczucie towarzyszyło mi do ostatniej strony powieści. Nie zabrakło tego, co najbardziej cenię u autora, ludzkich historii. Często wiele elementów w nich pozostało niedopowiedzianych, gdzieś zawieszonych w przestrzeni, nawet przez samego bohatera-narratora. Zupełnie nie tracąc na tym na swojej wiarygodności. Zabieg w powieści który jest dla mnie innowacyjny to sygnalizowanie przez narratora niektórych wątków, a powracanie do nich szerzej po dłuższym czasie. Uwiarygadnia i spaja to całą niełatwą i nielinearną historię bohatera.
 Jest to interesujące, autor nie wykłada od razu a nawet do końca wszystkich swoich kart na stół. Mimo tytułu, ufam, że nie jest to ,,Ostatnie rozdanie". 
  

czwartek, 12 czerwca 2014

Peregrynacja trwa!

 Peregrynacja miejsc trwa! Nieprzerwanie! Przerwane zostało tylko zapisywanie, notowanie, zdjęć wklejanie. Niech trwa! Trwaj podróżo! 
 Przez ten czas nasze położenie na mapie nie zmieniło się znacząco, tylko jakieś 10 kilometrów. Jak ze Stoczka do Turca. Z malowniczej bitigheimskiej sypialenki przenieśliśmy się do przytulnej klitki w samym centrum miasta. Wciąż niespełna poznanego, tylko technicznie - sklep z mlekiem, sklep z lekami, praca, szkoła, basen, park. 

wtorek, 13 listopada 2012

Kolej na kolej!

  To nie będzie kolejna emocjonalna, sentymentalna i romantyczna notka o pociągach i pozowaniu na szynach. To będzie pean na okoliczność komunikacji miejskiej i podmiejskiej pociągami! Radość z niepopularności autobusów tu! Jak ja nie lubię autobusów. Zawsze o różnych porach, zatrzymują się co chwilę, czytać się nic nie da. Człowiek tylko się w nich wytrzęsie i potem wychodzi wstrząśnięty, potrzęsiony i roztrzęsiony. Jak tu być spokojnym po nużącej podróży autobusem? Taki pociąg delikatniej sunie, ukołysze, poczytać można. Zdecydowanie wolę pociągi i cieszy mnie to, że tu gdziekolwiek chce się pojechać to kolejka jest najlepszym sposobem. Czasem przedziały są zapchane, zdarza się, czasem coś się zepsuje między jedną stacją a drugą i trzeba wracać na piechotę pięć kilometrów, w nocy, zdarza się, trudno, spóźni się minutę, dwie, bywa. Czasem pojedzie w inną stronę, niż by się sobie życzyło, nie ma tego złego, można poznać nowe miejsce, nowych ludzi, przyjaźnie nawiązać. 
  Kolej najlepszym przyjacielem mieszkańców Bietigheim! Którzy sobie rowerkiem na stacyjkę i do pociągu. Ja jeszcze nie mam roweru, a Patryk nie ma kłódki. Jak już będziemy jeździć po miasteczku rowerami to wtopimy się w tłum. Bo teraz tylko my i nasz hiszpański kolega chodzimy pieszo. Nikt inny nie.
  
  

niedziela, 11 listopada 2012

Szczęśliwego Dnia Niepodległości!

I spokojnego marszu! Pierwszy 11. listopada w naszym europejskim domu, a nie na naszym polskim podwórku. A my nawet flaguni, nawet małego kotylionika nie mamy. Na zdjęciu tradycyjny ufoludek wypiekany w bietigheimskich piekarniach na 11.11. To nie obcy, to wariant św. Marcina. Na zdjęciu jeszcze z nóżkami. Smakuje trochę jak chałka, trochę jak maślany rogalik. Ten jest Patryka, ja swojego zjadłam wczoraj (jestem tym dzieckiem z doświadczenia które zjada pierwszą piankę marshmallow, nie czekając na  drugą). Tutaj dziś obchodzi się imieniny św. Marcina wcinając takie właśnie stworki. Myślę, że poznańskie rogale pieczone na tę samą okoliczność są smaczniejsze. Bo są nasze. Szczęśliwego Dnia Niepodległości!


sobota, 3 listopada 2012

A czy u Was w ogródku też jeszcze rośnie marchewka?

  Bo u mnie tak. Mamy jeszcze paprykę i jabłka. Jest też jakieś nieznane mi warzywo, widziałam je dziś w sklepie i zapomniałam jak się nazywa. Gdybym pamiętała to bym wygooglowała i może by zupa z tego była. Jak jest w warzywniaku, to musi być jadalne. Przejdę tam jeszcze, zobaczę, zanotuję i ugotuję. A tak dziś na obiadokolację zrobiłam ruskie (polskie) pierogi z niemieckiej mąki. Oczywiście z pomocą pasjonata i konesera pierogów-Patryka. Boże, jak można, aż tak kochać pierogi, do szaleństwa. 
  Chciałam dziś jak zwykle pisać o pogodzie i ogródkach. Pogoda była dziś przednia. Cały ranek przechodziłam w koszulce po ogródku. Porozmawiałam trochę po niemiecku z panią sąsiadką, ona mówiła trochę więcej, moja funkcja pozostała jedynie fatyczną. Przemiła kobieta. Ale wracają do ogródków. Okres wegetacji roślin dłuższy, klimat łagodniejszy i tak na początku listopada moi sąsiedzi mogą się cieszyć papryką, pomidorami, sałatą, kapustą i marchewką oczywiście. Tyle co z tych warzyw na pierwszy rzut oka zza płota (czy często jego braku) rozpoznałam. Bo ogradzanie domu nie jest tu zbyt popularne. Domy wychodzą na ulice, co sprawia, że uliczki wyglądają przytulnie (jak np. oficerski Żoliborz w Warszawie). Moi sąsiedzi mają przeróżne wyczucie estetyki. W praktyce wygląda to tak, że kto co w swoich widzi snach i co uważa za ładne to wystawia do ogródka. Teraz już wierzę, że krasnale ogrodowe były tu kiedyś bardzo popularne. Ach! Gdybym tylko trochę więcej odwagi miała, to bym Wam nie takie cuda w tych sąsiedzkich ogrodach pokazała, nie takie cuda. Jeszcze jest mi głupio tak komuś fontannę podświetlaną tęczowymi barwami fotografować, ale może kiedyś mi przejdzie i zrobię Wam takie zdjęcie. Cierpliwie czekajcie.